FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie www.serialeimy.fora.pl 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 
 
Role Playing Love - Odcinki&Komentarze
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 7, 8, 9, 10, 11  Następny
 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.serialeimy.fora.pl Strona Główna -> RPL

Kenny
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 1008
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Wto 13:02, 23 Gru 2008    Temat postu:
 
Abuhahaha, genialne zakończenie i riposta Nadii xD

W ogóle bardzo fajny odcinek, bo była Norma Very Happy Teksty o płaskich deskach wymiatały Wink Bardzo fajna jest też tutaj ta Boża Opatrzność: pioruny i karteczki z cyklu "nie podlizuj się" Razz

Tylko co z Rose ? Tu zawsze jak się ma coś wydarzyć, to następuje wybuch albo wypadek i nie wiadomo, czego się można spodziewać xD


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Mikkao
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 403
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Kraków

PostWysłany: Wto 18:36, 23 Gru 2008    Temat postu:
 
Kenny napisał:
Tu zawsze jak się ma coś wydarzyć, to następuje wybuch albo wypadek i nie wiadomo, czego się można spodziewać xD


I tak ma być. Cool


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

!Raziel
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 379
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Śro 12:48, 24 Gru 2008    Temat postu:
 
Nast. odcinek o będzie wątek w Tokio, więc kiedy znów będzie powrót do wątków z tego odcinka, to będzie się działo. Twisted Evil Agenci oraz Bruce i Margharet wkraczają do akcji. Twisted Evil W ogóle był to fajny, humorystyczny odcinek. Smile

Koment krótki, bo w sumie nic takiego się nie wydarzyło, no i w większości zgadzam się z Kenny'm. ;D


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Mikkao
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 403
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Kraków

PostWysłany: Czw 1:19, 01 Sty 2009    Temat postu:
 

Episode 11 (85): Heavenly Peacemaker.
This Episode is brought to you by American Broadcasting Company and Apple Inc. - official developer of new iPhone 3G.


ABC Starts here.

Clarise Craven od pewnego czasu nie wiedziała nic. A przynajmniej sprawiała wrażenie niedoinformowanej.
Ku jej rozpaczy jednak, doskonale zdawała sobie sprawę ze swojego stanu. Po zgwałceniu totalnym i doprowadzeniu do śpiączki w końcu jej los osiągnął istne apogeum wredoty. Wiedziała, że umarła i powinna obecnie leżeć zakleszczona gdzieś w okolicach kabiny maszynisty pociągu TGV. Jednak ku jej radości tudzież rozpaczy, kiedy po chwili uniosła powieki okazało się, że leży w łóżku i może poruszać wszystkimi częściami ciała, które do poruszania się są zdolne.
Pomieszczenie w którym się znajdowała było jasne. Tyle mogła stwierdzić po pierwszym zerknięciu na nie, kiedy to z powodu blasku lamp i klinicznej bieli ścian musiała zamknąć oczy na dłuższą chwilę by się przyzwyczaić do warunków. Kiedy jednak uniosła powieki ponownie na tyle, by znowu nie zostać oślepioną zauważyła, że to nie są ściany.
Clarise przebywała w czymś, co pomieszczeniem bynajmniej nie można było nazwać. Obszar składał się z podłogi wyłożonej białymi kafelkami. Wszystko było białe – szafki wokół Clarise, jej łóżko, prześcieradło, materac, pościel i poduszka, a także szpitalny strój przypominający te używane na Ziemi. Przy szafkach pełnych białych słoiczków krzątała się postać, która – sądząc po stroju – mogła być jedynie siostrą zakonną. Dodatkowo niedaleko obecnie jedynego punktu zaczepienia w przypadku nawigacji po pokoju stało jeszcze jedno łóżko ze znanymi Clarise, jasnowłosym chłopakiem.
- Gdzie... ja jestem? – jęknęła Clarise, po raz pierwszy w życiu czując, jak jej kości zrastają się w jednej chwili.
- Niebiański Szpital dla Duszyczek Lekko Poskręcanych. Jestem siostra Salomea i będę dzisiaj państwa pielęgniarką. – burknęła na oko pięćdziesięcioletnia kobieta w habicie stojąca przy szafkach. Z plakietki przyczepionej do ubioru na wysokości piersi wynikało, że Salomea została powołania przez Pana do wiecznej szczęśliwości jakieś sto dwadzieścia cztery lata temu, kiedy spadła z balkonu wywieszając pranie.
- Salomea? – Clarise przetarła oczy.
- Nie, Angelina Jolie w przebraniu. Jasne, że Salomea. Ja wiem, że teraz już takich imion nie dajecie, ale dziecko drogie, trochę szacunku. – siostrzyczka zmiksowała dwa proszki pochodzące ze słoiczków stojących na wielkiej półce z użyciem małej ilości wody i wlała do imponująco wyglądającej strzykawki. – Tyłek raz. – podszedł do Clarise i uniosła brew. Widząc, że kobieta nie ma absolutnie chęci tudzież możliwości obrócenia się na brzuch Salomea pstryknęła palcami i Clarise ku swojemu zaskoczeniu już po chwili przewróciła się w powietrzu i zaliczyła dość ostre lądowanie na materacu. W chwilę później, ciało kobiety przeszył ból pochodzący z okolic zacnych czterech liter.
- Wiem, że boli. Pociesz się, że jakieś sto dwadzieścia lat temu to byłoby znacznie bardziej bolesne. – westchnęła siostrzyczka po wyciągnięciu igły z wiadomego miejsca na ciele Clarise. Na białym tle otaczającej przebywających w pomieszczeniu pojawił się czarny zarys framugi drzwi, a po paru chwilach drzwi – dalej widoczne tylko z zarysu – otworzyły się dzięki czemu do zawieszonego gdzieś w czasie i przestrzeni pomieszczenia wpadło mnóstwo światła. Kiedy źrenice Clarise przyzwyczaiły się już do takiego poziomu naświetlenia odkryła ona, że do pokoju wszedł wysoki i najwyraźniej dobrze zbudowany mężczyzna rasy czarnej. Jego wygląd wskazywał na to, iż był strażnikiem tego przybytku.
- Saluś słońce, jak nasze duszyczki? – kiedy strażnik uśmiechnął się, Clarise stwierdziła, że biel jego zębów ma znacznie wyższy stopień oślepiania niż światło, które dostało się do pokoju wraz z jego wejściem.
- Richard, nie jestem ‘Saluś słońce’. Uwierz mi, kiedy ja umierałam, twoi rodzice pomykali sobie jeszcze w buszu z długimi dzidami. – Salomea obdarzyła Richarda najsłodszym uśmiechem, na jaki było ją stać. Korniki zgodnie stwierdziły, że słodsza jest już tylko cytryna. Niemal minutę po tym wydarzeniu Richard zauważył, że nie wszyscy pacjenci osadzeni w tym ośrodku śpią smacznie.
- Dobry panienko, Richard Rittlenton. Jestem tutaj strażnikiem i pilnuję, żeby Saluś słońce... – w tym momencie przerwał, unikając ciosu od lecącego słoiczka z podejrzanie wyglądającą, niebieską mazią - ... miała co robić.
Na dźwięk rozbijanej porcelany Bap poruszył się niespokojnie we śnie, a Salomea musiała otrzeć mu czoło z kropelek potu. Clarise jednak skoncentrowała się obecnie na nowoprzybyłym i całkiem interesującym mężczyźnie. – No więc... Jak się tu dostałeś?
Richard przystanął na chwilę, z jego twarzy zniknął uśmiech tak charakterystyczny dla niego i spojrzał przez chwilę na Clarise przejmującym wzrokiem. – No tak po prawdzie to... twój teść.
Clarise nie zdążyła wydać nawet wstrząsającego „Ochu” ani też spektakularnego „Achu” do akompaniamentu muzyczki prosto z jakiejś kręconej przez trzydzieści lat soap opery, bo zaraz po zaskakującej informacji wygłoszonej przez Richarda z najbliższej chmurki został spuszczony mały głośniczek na cienkim sznureczku. W chwilę później tak dobrze rozpoznawalny, metaliczny głos pani po pięćdziesiątce, która w młodości na pewno połknęła kij popłynął raźno przez głośnik.
- Pacjenci numer 93040 i 93041 proszeni są o stawienie się przed obliczem św. Piotra. Przy transporcie do jego świątobliwości prosimy zachować uwagę. Stabilna chmura gwarantem zdrowia twej duszy. – po wygłoszeniu wymienionego ogłoszenia z lekka propagandowego, sznureczek został zwinięty, a głośnik zniknął w chmurze.
- No, to wy kotki. Saluś słońce... – Richard znowu się uchylił, starając się wyminąć słoiczek z zieloną mazią zmierzający kursem kolizyjnym w kierunku jego czoła. - ... dzięki za poskładanie ich w miarę do jednej kupy. My idziemy teraz na wizytę. – po tym ogłoszeniu podłoga pod nimi się rozstąpiła, a oni sami trafili na coś przypominającego ruchomy chodnik, którego białe płytki poruszały się bez ustanku transportując niewinne duszyczki pod Sąd Ostateczny™. Po dłuższej chwili, podczas której Bap zdążył parę razy się przewrócić, Clarise skontrolować stan swoich paznokci, a Richard parę razy skontaktować się z centralą w końcu wszyscy dotarli do oblicza jednego z najważniejszych świętych.
- Witajcie, moje dzieci. – przemówił święty Piotr, jednak po tym rozpoczęciu Richard odchrząknął, chcąc lekko przyspieszyć tempo w jakim przemawiał strażnik bram do Nieba. – No dobra. Mniejsza z tym, mam dla was misję i tylko jedno wolne ciało. Ostatnim razem miałem dwa, ale teraz jedynie jedno się nam na stanie pojawiło. To co, albo mieścicie się w jednym, albo jedno z was tutaj zostaje na wieki wieków...
- Amen. – odparła cała trójka. Bap i Clarise zaczęli się naradzać, ale już po jakiejś minucie mieli gotową odpowiedź. – Dooooobra, bierzemy tą robotę. Jakoś się wciśniemy, ja taka szerokodupna nie jestem. – mruknęła Clarise, po czym ona i chłopak weszli w ciało młodej dziewczyny.
- Poczekajcie chwilę. – święty sięgnął za ambonę i po chwili wynurzył się zza niej z lśniącym modelem patelni. – To Peacemaker Black Panther Deadly Pancake Edition 2009. Przyda się, uwierzcie mi. – i z błogosławieństwem na drogę zapadnia pod ciałem należącym teraz do Clarise i Bapa otworzyła się, a oni spadli w nieznane.
Tymczasem, Szpital w Tokio.
Mary Taggart twierdziła, że pielęgniarka jest zawsze najlepszym przyjacielem lekarza.
Teraz niestety ta teoria poszła na definitywne L4 w związku z zawaleniem na całej linii w przypadku doktora i dwóch sióstr z wymiany holenderskiej, którzy tak naprawdę wcale nie lubili tulipanów, a i na pewno żadnego wykształcenia w swoim fachu nie mieli. Teraz Mary walczyła o życie swojej siostrzenicy, chociaż najchętniej wyszłaby i pochłonęła największą porcję lodów pomarańczowych z popcornem jaką widziało Tokio.
- Skalpel proszę. – mruknęła, Amanda podała jej rzeczony i wróciła do opatrywania Troy’a, którego guz na czole robił się coraz większy z każdą sekundą.
- Kornik proszę. – Mary rozpoczęła szycie, ale kiedy po minucie nie dostała jednego egzemplarza kornika pieczonego z majonezem light zerknęła przez ramię na Amandę. – Kornika, puchu marny!
- A wsadź... Dobra, masz. – Amanda wywróciła oczami, kiedy zerknęła na gromiące spojrzenie Mary. – Tylko lepiej, żeby mi Viv nie miała tam żadnych śladów. Po tym jak ją facet chciał zabić jej szanse na zamążpójście w najbliższym czasie zmalały o jakieś trzy czwarte.
- No, skończone. Ty się nie bój o jej zamążpójście, tylko o nią. Jak wszystko dobrze pójdzie i w nocy nie będzie żadnych komplikacji, to może przeżyje do wieczora. – Mary zajrzała przez dziurę w ścianie. Rzeczywiście, nad przedmieściem pojawiła się już łuna zwiastująca nadejście nowego dnia. Ptaszki śpiewały, krzaki szeleściły, a Troy jęczał. Jednym słowem, dzień jak co dzień. Amanda spojrzała na siostrę. – Dobra robota. A powiedz mi, co tam u tej twojej córeczki... Jak jej tam było?
- Miło, że pamiętasz. – skrzywiła się siostra Taggart. - Ma na imię...
Rose.
Okolice spalonych szkieletów obydwu pociągów, Genewa.
Jean, Paul i Alain lubili efektowne wejścia.
No, może najbardziej z tej trójki lubił je Jean. Alain nie widział sensu w zwracaniu na siebie jakiejkolwiek uwagi przeciwnika, a Paul nie widział sensu praktycznie w niczym, więc jemu było to w sumie obojętne. Teraz jednak, kiedy we trójkę obserwowali krajobraz jak po poważnej bitwie oraz liczne dziury w swoich garniturach mogli z całą pewnością stwierdzić, że wejście mieli niezwykle spektakularne. Jedynym, który obecnie pozostał przy życiu był sam Clive Mendelsonn, rozglądający się uważnie po okolicy i czujący zazdrość względem zasypanej Rose.
- No i co kochaniutki, poddajesz się i obiecasz, że nie weźmiesz od nas LV-89? – Jean uśmiechnął się przymilnie, szykując swoją talię metalowych i specjalnie na tę okazję zaostrzonych kart do wbicia się w dobrze zaznaczone jabłko Adama agenta.
- A jasne, już wam daje słowo. Prędzej na mnie laska z patelnią spadnie niż... – w tym momencie przerwał, obserwując coś na kształt gwiezdnego pyłu spływające powoli z nieba prosto przed niego i formujące się nagle w ciało kobiety.
- A kuku. – zaszczebiotała i wtedy po raz pierwszy agent Mendelsonn przekonał się, że kobiety patelniami...
Zwalają z nóg.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

!Raziel
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 379
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Czw 15:41, 01 Sty 2009    Temat postu:
 
Ej, to promo to chyba było do tego odcinka? xP

A co do samego odcinka to największym zaskoczeniem dla mnie jest to, że Mary to matka Rose... o,O
Rany, czyli Bap też umarł... >.> W ogóle już myślałem, że Clarise jednak przeżyła, a tu się okazuje, że jest w Niebie (czy raczej przed XD). >.> Dobrze przynajmniej, że powrócili i może to dać zabawny wątek dziewczyny z rozdwojeniem jaźni i to na damsko-męską. XD No i Salomea i Richard byli zabawni. xD I ta patelnia. xD
Szkoda, że nie było choć trochę opisanej rozwałki w wykonaniu Jeana, Paula i Alaina. ;p W każdym razie widzę, że wykorzystałeś mój pomysł z ostrymi kartami. ;D No i na koniec Clarise z Bapem powracają. Mendelsonn będzie jedak musiał oddać LV-89. Laughing

No nic, czekam na nast. odcinel. ^^


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez !Raziel dnia Czw 15:43, 01 Sty 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Lizzy
.
.



Dołączył: 14 Maj 2008
Posty: 286
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Włocławek

PostWysłany: Czw 23:48, 01 Sty 2009    Temat postu:
 
haha akcja z Clarise i Niebem genialna xD no cudowna akcja i wielki come back Carise razem z Bapem ^^ będzie fajnie i moje uluiobne patelnie idą do akcji Very Happy
Mary to matka Rose? No to takie zaskoczonko tego odcinka...
Ogóle powiem też, że nadrobiłam ostatni odcinek, w którym nareszcie była moja najulubieńsza postać (czytaj Norma^^) jak zwykle jej teksty rozwalają Very Happy płaskie deski rządzą Very Happy
I w ogóle Mikki nie wkurzaj się tak i nie zwątpij w moją miłość do twojego serialu Very Happy zagapiłam się trochę o tyle Wink


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Lizzy dnia Czw 23:48, 01 Sty 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Kenny
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 1008
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Pią 12:41, 02 Sty 2009    Temat postu:
 
Przeczytałem.
Ja też pomyślałem na początku, że jednak Clarisa żyje, a tu taki zonk...


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Mikkao
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 403
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Kraków

PostWysłany: Pią 22:02, 02 Sty 2009    Temat postu:
 
Kenny napisał:
Przeczytałem.
Ja też pomyślałem na początku, że jednak Clarisa żyje, a tu taki zonk...


Czemu tak króciutko?


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Mikkao dnia Pią 22:03, 02 Sty 2009, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Kenny
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 1008
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 1 raz
Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Sob 1:27, 03 Sty 2009    Temat postu:
 
A no nie wiem, tak jakoś wyszło ;p

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Mikkao
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 403
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Kraków

PostWysłany: Sob 11:36, 03 Sty 2009    Temat postu:
 
Kenny napisał:
A no nie wiem, tak jakoś wyszło ;p


Bardzo niedobrze. Wyrabiasz sobie złe nawyki. XD


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Mikkao
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 403
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Kraków

PostWysłany: Nie 22:01, 04 Sty 2009    Temat postu:
 

Episode 12&13 (86&87): When I Was Just a Little Girl...
This Episode is brought to you by American Broadcasting Company and Apple Inc. - official developer of new MacBook Pro.


ABC Starts here

Pustynia była bardzo niekorzystnym środowiskiem dla Normy Craven.
Nie dość, że wysuszała jej skórę, to piasek dostawał się do środka czarnego, trzydrzwiowego Mercedesa klasy G wszelkimi możliwymi sposobami czyniąc z Normy kogoś w rodzaju pustynnego alergika. Po wymontowaniu tylnych siedzeń dziewczyna odgrywała rolę koniecznego bagażu, leżąc za Margareth i Bruce’m jedynie w towarzystwie Gingera – Psa, Który Ostatnio się Nie Udzielał.
Klimatyzacja w samochodzie ustawiona była na maksymalną wydajność, a to w autach przeznaczonych na rynek afrykański oznaczało naprawdę mocne dmuchanie. Mimo to jednak, przy zamkniętych oknach i cieple emitowanym przez nagrzany, stalowy dach Norma czuła się zupełnie jak indyk na Święto Dziękczynienia ubrany w całkiem niezłe wdzianko od Dolce&Gabbana.
Na niebie nie było widać ani jednej chmurki. Fatamorgany występowały w znacznie większej liczbie niż dotychczas sądzono, prowadząc Normę do stanu załamania nad cenami kremów Diora, a Bruce’a do chwilowego postoju i odreagowania widoku Clive’a w dwuczęściowym bikini. Biorąc pod uwagę, że zjawiska przeczące rozumowi zachodziły na tej pustyni z częstotliwością zatrzymywania się samochodu wszyscy myśleli, iż następne nie będzie niczym innym, jak tylko właśnie fatamorganą.
Nie było.
- Widzicie to samo co ja? Czarne kropki. Boże, ja umieram. Widzę czarne kropki na pustyni. Za chwilę dojdzie do mroczków, potem oślepnę, a na końcu implanty mi wypłyną. – jęczała Norma, próbując znaleźć oparcie w Gingerze. Niestety, pies wywiesił beztrosko język nie przejmując się potencjalnym anatomicznym uszkodzeniem swojej właścicielki.
- Nie, jeśli to fatamorgana to mamy ją zbiorową. Ja też widzę czarne kropki, chociaż u mnie zatrzyma się pewnie na utracie wzroku. – Margareth posłała tą jakże kąśliwą uwagę w kierunku Normy, po czym sama zastanowiła się nad tymi niewątpliwie czarnymi obiektami.
Tymczasem, w helikopterze.
Marc Tyro popijał Martini.
Twierdził, że nawet w hełmie i podczas drgań potrafi wychylić cały kieliszek bez uronienia jednej kropelki tego – dla niego – życiodajnego płynu. Niestety, dla dobra sprawy musiał zrezygnować ze swojej ulubionej oliwki, bardzo denerwowała już i tak zestresowanego Leonarda.
- Siorbiesz jak kornik nad wodą. – jęknął rzeczony, po czym próbował pacnąć się w czoło, niekoniecznie w odpowiednim momencie zdając sobie sprawę, iż ma na głowie hełm.
- Ja się nie nawaliłem wódą tylko dlatego, że mi ukradli żonę. Większość facetów za tak spektakularne porwanie swojej drugiej połówki zapłaciłoby całym majątkiem. – prychnął Adam tudzież Marc. Obserwował, jak Mercedes Bruce’a zostawia za sobą ślad z wyciekającego płynu hamulcowego. Inna sprawa, że ślad ten obecnie zaczynał znikać co oznaczało, że zbiornik jest pusty.
W przeciągu następnych paru chwil zza wydmy wyłoniły się trzy Jeepy Wrangler Rubicon, modele trzydrzwiowe w białym kolorze z twardym dachem. Dzielnie wspinały się po wydmach i powoli doganiały znacznie cięższego i wolniejszego Mercedesa. Wynajęte jeepy miały jeszcze jedną, ważną zaletę – umiejscowione na dachach karabiny maszynowe. Helikoptery w liczbie dwóch zbliżały się również do Mercedesa z wyrzutniami rakiet umiejscowionymi pod podwoziem.
- Teraz to naprawdę jesteśmy w dupie. Wielkiego, piaskowego olbrzyma. – jęknęła Norma obserwując, jak pierwsze parę pocisków chybiło celu. Po parunastu sekundach jednak następne serie już znalazły cel i klapa bagażnika razem z szybą została zmasakrowana. Tymczasem jeden z Jeepów doganiał już Mercedesa, którego prędkość była stale zwiększana przez Bruce’a. Margareth w odpowiedzi na rozbite boczne szyby wyciągnęła swoje ulubione uzi i potraktowała białego jeepa serią, która skutecznie posłała kierowcę na tamten świat. Kolega kierowcy, na oko trzydziestoletni Arab wystrzelił kulę w tym samym momencie co Margareth drugą serię z uzi, powodując spektakularny przelot rzeczonej kuli między uchem kobiety na kursie kolizyjnym z nosem Bruce’a, którego uratowało tylko zręczne zanurkowanie w fotelu kierowcy.
Norma, widząc tą wymianę ognia spojrzała na leżącą obok Gingera bazookę. Co prawda użycie jej w normalnych okolicznościach i to w samochodzie nie było zbyt dobrym pomysłem, ale z racji posiadania przez auto materiałowego pokrycia dachu na całej jego długości już po chwili Norma z bazooką wychynęła z pojazdu i z uśmiechem na ustach wycelowała w najbliższego jeepa.
- A niech was korniki zeżreją, motherfuckers. – po czym posłała pocisk, który skutecznie wysłał samochód w powietrze przy akompaniamencie efektownego wybuchu. W tej samej chwili z helikoptera jeden z wynajętych ludzi Marca i Leo posłał serię w kierunku odsłoniętej Normy. Seria ta przedziurawiła materiałowy dach Mercedesa, a Norma została trafiona w obręcz barkową, przez co bazooka wylądowała w piasku a jej chwilowa właściciela siłą odrzutu wylądowała na masce samochodu prowadzonego przez przerażonego Bruce’a. Tymczasem dwa pozostałe Jeepy zbliżały się w kierunku Mercedesa z zamiarem zakleszczenia go między sobą, by ułatwić rakietom w helikopterze zdjęcie celu.
Norma cierpiała. Pocisk utkwił w jej ciele całkiem głęboko, a teraz musiała jeszcze próbować utrzymać się na masce samochodu. Na szczęście Margareth szybko podjęła decyzję.
- Bruce, na mój znak wciśniesz jednocześnie przyciski zamknięcia klapy bagażnika i zablokowana zamka. – po tych słowach na oczach zestresowanego Bruce’a, który odczuwał już, iż z wrażenia za chwilę jego koszula będzie mogła zasilić w wodę całą ubogą wioskę egipską Margareth wybiła przednią szybę pozostawiając Mercedesa beż żadnej osłony przed pędem powietrza. Tymczasem jeepy zbliżały się do samochodu prowadzonego przez śmiertelnie wystraszonego mężczyznę.
- Spoko Silikonku, zaraz cię wyratujemy. Bruce... teraz! – na te słowa rzeczony posłusznie przycisnął dwa przyciski, dzięki czemu klapa bagażnika zamknęła się. W tym samym momencie, kiedy jeepy zakleszczyły Mercedesa między siebie, Margareth złapała Normę za kostki, zwolniła blokadę oparcia siedzenia i odpychając się nogami odsunęła siedzenie tak by dziewczyna mogła spokojnie wpaść do wnętrza samochodu. Norma usadowiła się na Margareth w pozycji dość dwuznacznej, siedząc na niej okrakiem.
- Dzięki. Mogłaś sobie załatwić większe balony, lądowanie nie było tak twarde. – mruknęła Norma, po czym skierowała się w stronę bagażnika i małego składziku broni pilnowanego przez bojowo nastawionego Gingera.
- A ty mniejsze szpile. Ugh, chyba mi macicę przetrąciłaś. – jęknęła Margareth po niemym pozwoleniu na przejście przez swoją skromną osobę.
Bruce wiedział, że musi się zaprezentować z jak najlepszej strony. W jego podświadomości chętnie pojawiały się szczegóły treningu jaki przeszedł, a także – już bardziej w realiach świata rzeczywistego – spojrzenia Margareth sugerującego, że za chwilę ona sama go zabije jeśli czegoś nie zrobi. Bruce bez żadnego ostrzeżenia skręcił więc w lewo, spychając jeden z goniących ich pojazdów na dość pokaźną wydmę. W tym samym momencie z helikoptera zostały uwolnione dwie rakiety, które poszybowały dokładnie w miejsce, gdzie jeszcze chwilę temu znajdował się Mercedes.
Kolejny Jeep razem ze swoją załogą wyleciał w powietrze. Ostatni w miarę działający Jeep z wybitymi lampami przednimi oraz uszkodzonym zderzakiem po spotkaniu z wydmą, posyłał raz po raz serie z umieszczonego na dachu karabinu maszynowego, które wobec braku odpowiedzi ze strony uciekających doprowadziły w końcu do uszkodzenia ramy pojazdu i oderwania dachu. Przednie, lewe koło Mercedesa w wyniku odpowiednio prowadzonego ostrzału ledwo się już chybotało na osi i w związku z kolejnymi celnymi strzałami oderwało się, wysyłając pojazd w powietrze.
- Obiecuję, że jak z tego wyjdziemy oddam całą swoją część na cele charytatywneeeeeee! – wrzasnęła Norma, kiedy razem z Gingerem wypadła z samochodu w ostatniej chwili przez wybitą szybę w klapie bagażnika. Auto przekoziołkowało w powietrzu, a następnie wybuchło i zwaliło się z całą siłą prawie dwutonowego, ognistego potwora na piasek. Nasza czwórka za to wpadła do...
Wnętrza jakiejś starożytnej budowli.
Szpital w Tokio.
Ona przemykała po korytarzach cicho jak myszka. Nikt nie mógł jej zobaczyć, ani tym bardziej usłyszeć. Jej twarz, mimo że pokryta bandażami nie przeszkadzała jej w swoistej misji.
Zresztą, włożenie opiętego jednoczęściowego kostiumu przy całym obandażowanym ciele było dość trudnym zadaniem. Shatya mimo bólu spowodowanego wbiciem tysiąca malutkich odłamków szkła nie była jednak jedyną osobą idącą tym korytarzem, która nie chciała być przez nikogo zauważona. Mężczyzna, o najbardziej niebieskich oczach na świecie i blond czuprynie skradał się za nią z uporem. Zamienił swój jasny garnitur na ciemny, noszony jeszcze dwadzieścia minut temu przez pewnego dość rosłego jak na warunki azjatyckie biznesmena. Ubranie składało się z czarnej marynarki, spodni oraz koszuli, a dodatkowo z czerwonego krawata, z którego Jack jednak zrezygnował dla dobra sprawy.
Dla Shatyi ominięcie niebezpieczeństw było łatwym zadaniem. Wszyscy pacjenci z parteru zostali przeniesieni na pierwsze piętro, które mimo wszystko było dość pojemne. Gai i Keiko po bezpiecznym odstawieniu zakrwawionego doktora na pierwsze piętro walczyli obecnie w recepcji o mikrofon, dzięki któremu Keiko mogłaby kontynuować zbawianie świata poprzez ogłoszenie całemu szpitalowi, iż Gai to prawiczek.
Keiko może i wiedziała o tym jednym fakcie, ale jeden umknął jej niespodziewanie. Shatya przemknęła obok niej tak cicho jak tylko mogła i skierowała się do pokoju numer 4*, który jako jedyny ze wszystkich pomieszczeń znajdujących się miał swojego mieszkańca. Był nim zagubiony i zabandażowany Malcolm, który beztrosko grał w jakąś niewartą wspominania grę na Nintendo Wii używając do obsługi pada swoich dłoni. Malcolm nie wiedział jednak, że potwory zabijane przez niego na ekranie miały z nim jedną wspólną cechę...
November czekał na rozwój wypadków. Centrala poinformowała go o śmierci Davida, a on sam poczuł tej nocy, że bycie dżentelmenem i pozostawienie kobiecie wolnej przestrzeni by zrealizowała swoje zamierzenia było jedynym słusznym wyjściem. Kiedy Shatya weszła do pokoju Malcolma ten właśnie kończył grę i spotkał ostatniego bossa. Zauważywszy kobietę odrzucił pada i próbował uciec, ale obandażowane ciało z przeszczepioną skórą, która miała się dopiero przyjąć odmawiało posłuszeństwa.
Zadowolona zabójczyni przysiadła przy swojej ofierze. Z kieszeni w kostiumie wyciągnęła strzykawkę wypełnioną zielonym płynem, którą wbiła w zbiorniczek na kroplówkę i patrzyła z uśmiechem jak zdesperowany Malcolm może jedynie obserwować truciznę, która po paru chwilach powoli zaczęła się sączyć razem z płynem prosto do jego żył. Shatya przyłożyła dłoń do ust Malcolma, który próbował krzyczeć i uciec z łóżka. Po paru chwilach mężczyzna zamarł, aż w końcu akcja serca ustała całkowicie.
Wtedy kobieta zwolniła blokady z kół łóżka i nabierając rozpędu, wypchnęła Malcolma przez okno. Ten posłusznie wpadł do rwącej rzeki płynącej zaraz obok wzgórza, na którym usytuowany był szpital. Shatya następnie cichutko zgasiła światło i wyszła z pokoju. Tymczasem na ekranie postać Malcolma...
Dostawała ostatnie baty od bossa.

* - 4 w języku japońskim wymawia się prawie identycznie jak słowo "śmierć", toteż w tradycyjnych szpitalach i hotelach nie ma pokoi o tym numerze.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Mikkao dnia Śro 21:02, 07 Sty 2009, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Lizzy
.
.



Dołączył: 14 Maj 2008
Posty: 286
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Włocławek

PostWysłany: Pon 8:55, 05 Sty 2009    Temat postu:
 
Rany ta ostatnia akcja z Malcolmem i Shatyą przerażająca. Ale niezła musiała być mina Malcolma z tą grą komputerową...W każdym razie na razie nie wierzę żeby jakimś cudem się uratował, więc można stwierdzić, że już po nim (no chyba, że w rzece była jakaś dziura tak jak ta na pustyni)... Razz
No a teraz nawiązując do Margareth, Normy i Bruce'a oraz Marc'a (lub Adama jak kto woli xD) noi Leosia Very Happy
Bardzo fajna wymiana ognia (szczególnie pociski z uzo rządzą), nawet spróbowałam sobie to wyobrazić i przyznam- musiało ciekawie wyglądać Wink w każdym razie czekam teraz aż Norma odda swoją część na cele charytatywne xD, ale chyba to nie tak prędko bo czuję, że w tej dziurce na pustyni może czekać ich jakaś niespodzienka, najprawdopodobniej od Leonarda Razz
Czekam na dalszą część Wink i dzisiaj już pamiętam o przeczytaniu Very Happy


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Mikkao
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 403
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Kraków

PostWysłany: Śro 21:52, 07 Sty 2009    Temat postu:
 
Zmieniłem zakończenie pierwszej sceny.
Nawet jak dla mnie było zbyt niewiarygodne.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

!Raziel
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 379
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Sob 23:05, 10 Sty 2009    Temat postu:
 
No, Malcolm w końcu zginął. Zastanawia mnie tylko czemu Shatya go zabiła? W końcu przecież dla niego pracowała, aczkolwiek mogłem o czymś zapomnieć...
W ogóle ten zapowiadany straszny wątek okazał się dla mnie kiepski. Rolling Eyes Po prostu Shatya przemykała sobie korytarzami szpitala, a November ją śledził. Akcja z Richardsonem i rannym lekarzem była już lepsza. ;p Ale rozbawiło mnie to, jak Malcolm spędzał czas. xD No i faktycznie zabijane przez jego postać potwory miały z nim wspólną cechę. Świetna ironia. ;D
Pościg z pierwszej połowy odcinka był nieźle emocjonujący, a to + Norma i jej teksty = wypas. XD Margharet też była niezła. xD Ciekawe co to za budowla do której wpadli nasi bohaterowie. ^^
No nic, czekam na następny odcinek. ^^


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Mikkao
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 403
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Kraków

PostWysłany: Nie 0:58, 18 Sty 2009    Temat postu:
 

Episode 14&15/16&17 (88&89/90&91): Freezing Vision and Hot Treasure Part 1 and 2.
This Episode is brought to you by American Broadcasting Company and Apple Inc. - official developer of new MacBook Pro.


ABC Starts here

Shatya wiedziała, że jej podróż nie skończy się tak szybko jak się tego spodziewała.
Nie wiedziała również o wielu rzeczach dziejących się na świecie, ale biorąc pod uwagę jej zawód poza zabijaniem i poznawaniem następnej ofiary nie miała zbyt wiele czasu na inne przyjemności takie jak oglądanie wiadomości. Czasami obejrzała jakiś horror w poszukiwaniu inspiracji zawodowej, ale zaraz potem odkrywała, że zwykłe zabicie jest skuteczniejsze od spuszczenia do akwarium pełnego piranii. Jednak to co robiła, robiła wyjątkowo dobrze. A tym razem, chciała upiec dwie lub więcej pieczeni na jednym ogniu.
W końcu trzeba być ekologicznym.
- Brawo, Shat. Dopięłaś w końcu swego, zabiłaś go. Ciągle twierdze, że połączenie stylu Upadłego Kornika z zapadnią byłoby znacznie bardziej efektowne, ale jak tam chcesz. – November podszedł do Shatyi i uśmiechnął się szeroko, odgarniając jej kosmyk włosów z twarzy.
- Obserwowałeś i nic nie zrobiłeś? Nie wiem co ćpasz, ale też chcę mieć takie podejście po zażyciu. – dość brutalnie odtrąciła rękę Jacka Simonsa, po czym złapała go za nadgarstek i wykręciła go, przez co agent znalazł się niebezpiecznie blisko niej samej. – Wiesz, jakoś wątpię czy nawet twój wydział chciałby, żebyś pomagał zawodowej morderczyni. Poza tym myślałam, że zależy ci na poszczególnych częściach ciała pewnej małej dziewczynki. – prychnęła, sprawiając Novemberowi więcej bólu.
- Odrzucasz moją miłość? No jak możesz. – jęknął niezbyt przekonującym tonem mężczyzna w ciemnym garniturze. – Prawa kieszeń spodni, dwie fiolki.
Dziewczyna sięgnęła po rzeczone, nie zwalniając obezwładniającego chwytu. – Ale że co to ma być? Wódeczka 100% alkoholu na rozluźnienie atmosfery?
- Nie, rudy Einsteinie. – uśmiechnął się Jack. – To jest, jakby ci to powiedzieć, LV-89 i prototypowy neutralizator KF600. Za drugim zestawem takich fiolek uganiają się koledzy z Ameryki. To lek idealny, wyleczy cię z każdego zatrucia albo wybudzi ze śpiączki. Wypijesz, twoja skóra się zregeneruje. Nie wspomnę też o czasowym wzroście siły, ale o tym to już pewnie wiesz z wielu filmów sensacyjnych, kwiatuszku. – November wywrócił oczami, kiedy Shatya przyglądała się podejrzliwie fiolkom.
W chwilę potem dziewczyna, nie do końca przekonana, odkorkowała pierwszą i wypiła LV89. Zaraz po tym wlała w siebie KF600 i przez chwilę wyglądała, jakby Jack Simons na jej oczach zaprezentował najbardziej wymyślną śmierć jaką można było zadać ludzkiej istocie. Następnie wydawała z siebie odgłos zarzynanego kurczaka i orangutana podczas okresu godowego i opadła nieprzytomna na podłogę szpitala.
Minęło najprawdopodobniej sporo czasu, zanim dziewczyna obudziła się. Na samym początku była dość obolała, a jej serce przyspieszyło i biło teraz z niewiarygodną szybkością. Shat zakryła oczy dłonią, nie wiedzieć czemu przez pierwszą minutę po otworzeniu nie mogły się przyzwyczaić do ostrego światła dodatkowo odbijanego przez kafelki w kolorze Kliniczna Biel. Kiedy już odzyskała wzrok zauważyła, że została przeniesiona do dużego pokoju bez okien, obitego białą tkaniną dźwiękoszczelną. Dopiero po dłuższej chwili zauważyła, że jest naga, a jej ciało nie nosi absolutnie żadnych śladów po lodowych igłach Novembera.
W tej samej chwili w pozornie jednolitej ścianie pojawił się zarys drzwi, które po chwili się otworzyły wpuszczając do dość dobrze oświetlonego pokoju jeszcze więcej światła oraz Novembera we własnej osobie.
- Hej kotku, jakiś cień szansy, że zabijesz ich wszystkich nie ubierając się? – uśmiech jak zwykle nie opuszczał twarzy mężczyzny.
- Tak wielki, jak twoje szanse na udanych seks po odcięciu klejnotów, tygrysku. A teraz podaj mi jakieś ubranie, zimno tu jak w dupie u Eskimosa. – prychnęła morderczyni, próbując wstać. Udało jej się jedynie oprzeć o ścianę i pozostać w takiej pozycji.
- LV musi się... Przystosować do nowego otoczenia. – November usiadł na obrotowym krześle, tak białym, że ton wyżej, a zlewałoby się całkowicie z resztą pokoju. Jednocześnie agent przysunął do dziewczyny jej nowe ubranie: nowy komplet bielizny oraz przylegający do ciała kostium z nieprzemakalnej tkaniny wzmocnionej na klatce piersiowej kevlarem dla zabezpieczenia przed kulami i wszelkim rodzajem broni białej. Po minucie ciszy panującej w pokoju, Jack Simons odwrócił się i pozwolił Shatyi ubrać się w spokoju. – Obserwatorzy przysyłają ci nowe wytyczne. Teraz masz polować wyłącznie na Vivienne Craven, a biorąc pod uwagę, że biedaczka leży tutaj całkowicie nieprzytomna... Załatwisz to szybko i przejdziesz do następnego zadania, kocie. – mężczyzna sięgnął do swojej kieszeni w trakcie przemowy i wyciągnął – ku ogólnemu zaskoczeniu – paczkę papierosów Lucky Strike. Zapalił, zaciągnął się raz i zamroził papierosa, rzucając podłużną bryłkę lodu na ziemię. W czasie, kiedy Simons zajmował się tymi rzeczami, Shatya już się ubrała i odkryła dodatkową porcję trucizny oraz pistolet z tłumikiem w swoim wyposażeniu.
November jak zwykle uśmiechnął się, wokół niego pojawiła się niebieska aura. Błękitne oczy zapłonęły blaskiem. – No, wychodź. Będę cię...
Ubezpieczał.
Morze tudzież Ocean, w każdym razie okolice Wyspy.
- A teraz, to już jesteśmy jeszcze głębiej. – mruknęła Nadia, nawiązując do swojej ostatniej wzmianki o stanie Ekipy.
Wydarzenia ostatniego zaćmienia, bo na pewno nie nocy, były dość trudne do uszeregowania w porządku chronologicznym. Zanim Ekipie udało się uciec bandzie Rozwydrzonych Gejów Xavier parę razy zaliczył bliskie i bardzo namiętne spotkanie z palmą. Nadia raz nawet nieświadomie podstawiła się za takowe drzewo, dzięki czemu chłopak wylądował na niej, a Miguel nagle stał się bardzo zaborczy jeśli chodzi o swoją byłą żonę. Fran, jako jedyna posiadająca noktowizor, szukała miejsca w którym zostawiła swoją motorówkę, a Daniel...
Po prostu zniknął.
Po pokonaniu paru krzaków, które zdecydowały się kłuć w najmniej spodziewanym momencie oraz paru dylematów moralnych dotyczących zostawiania Daniela w wyspowym towarzystwie [„Nie powinniśmy go zostawiać, jeszcze coś mu się stanie.” „Daj spokój, dajmy mu szansę na odkrycie swojej seksualności na nowo”] Ekipa ruszyła motorówką w drogę powrotną na suchy ląd. Jak bardzo suchy, miało się dopiero okazać, ale Egipt nie słynął raczej z wyjątkowego nawodnienia.
Niestety, ogólnie przyjęte prawa obowiązują nawet w tak nadzwyczajnych sytuacjach jak ta, a obecne prawo mówiło, że silniki muszą być napędzane paliwem. Zaś kiedy paliwa nie ma, nie ma ucieczki. O tym przekonała się cała Ekipa, kiedy gdzieś kilometr do Wyspy nagle okazało się, że bak dosłownie świeci pustkami. A środek wielkiego zbiornika wodnego nie był bardzo szczęśliwym miejscem na zatrzymywanie się.
- No i co teraz zrobimy? – mruknął Xavier, dalej rozmasowujący sobie guzy na głowie i starą ranę postrzałową.
- Wiesz, jakbyśmy mieli jakąś fasolkę po bretońsku to można by cię nakarmić i mielibyśmy naturalne źródło energii. – zauważył Miguel, dalej w dość podłym nastroju po wspólnym lądowaniu Nadii i Xaviera.
- Gdyby wgapianie się w moje cycki było zdolne nas stąd ruszyć, zapewniłbyś nam go tyle, że zamiast w Egipcie wylądowalibyśmy na Marsie. – prychnęła Nadia w odpowiedzi na zarzuty mężczyzny. W chwilę potem spojrzała na swojego iPhone’a, który cudownym zrządzeniem losu dzwonił i co najważniejsze, wyświetlał numer Daniela. – Braciak, ty żyjesz! Mam nadzieję, że nie wszedłeś w dogłębne relacje z tubylcami?
- Taaa, zrobiliśmy głębokie spotkanie pierwszego stopnia. A potem zapaliliśmy zioło i zrobiliśmy to jeszcze dwa razy. – mruknął adwokat. – W ogóle dochodzę... – przerwał na chwilę, słysząc w słuchawce zbiorowe „Oooooooch” Ekipy – doszedłem... – tym razem jego wypowiedź przerwało jeszcze głośniejsze „Aaaaaach” – DOSZEDŁEM DO WNIOSKU, że mnie olaliście! – wypalił w końcu na jednym wydechu.
- Gdzie tam olali, pozwoliliśmy ci odkrywać nowe możliwości. Już dawno nie miałeś takiego wyboru. – wypaliła Nadia, podczas gdy reszta uwięzionych na łodzi musiała wgryźć się w swoje rękawy, by nie zniechęcić Daniela do uratowania ich zacnych tyłków. – Dobra, a teraz jak nas wydostaniesz? Zabrakło nam paliwa, a musimy się jakoś dostać do Egiptu. Normę trzeba ratować, do stu wkładek silikonowych.
- Zdobyłem samolot. Nie wiem po co im on, jest stary i chyba działa. Ale dawno nie był używany, więc nie wiem jak to będzie. – słychać było, jak Daniel grzebał przy oprzyrządowaniu.
- Ja się nie pytam, co ty musiałeś oddać, żeby ci dali wziąć samolot. – mruknęła Nadia w odpowiedzi.
Zapadła niezręczna, minutowa cisza.
- Przechodząc do innego tematu... – Daniel po krótce wyjaśnił Ekipie swój plan dotyczący przetransportowania ich do luku bagażowego samolotu w trakcie przelotu. Próba była tylko jedna, chyba że zawróciłby i stracił trochę więcej paliwa niż zamierzał. W chwilę później Ekipa była już przygotowana. Najsilniejszy Miguel stał jako pierwszy i czekał na samolot, jednocześnie trzymając za rękę Fran. Wszyscy tworzyli tak zwany łańcuszek, a kiedy nadleciał samolot, Miguel złapał linę i pozwolił wciągnąć się elektrycznej wyciągarce zainstalowanej na skraju luku bagażowego.
Samolot rzeczywiście miał za sobą lepsze czasy. Wyglądał na zbudowany na pewno jakieś czterdzieści lat temu, a najpewniej od paru lat nie był regularnie konserwowany, co w tym środowisku oznaczało skrzypy i stuki w ilości znacznie przekraczającej normę na przeleciany kilometr. Dodatkowo poziom lotu mogłaby wyznaczać sinusoida, bo silniki co chwila się zacinały i trzeba było zapalać je od nowa.
Po paru godzinach lotu wydawało się, iż wszystko jest w porządku. Silniki się uspokoiły, a według współrzędnych powinni być już nad Egiptem.
- Ej, w radiu mówią, że nad pustynią widzieli jakiś pościg. Dwa czarne helikoptery z logiem DiaVod, jakieś jeepy i dużo wybuchów. Myślicie o tym samym co ja? – Daniel spojrzał na pustynię pod nimi. W tym samym momencie nastąpił wybuch. Dwa silniki zlokalizowane na lewym skrzydle wybuchły i samolot pozostał jedynie z dwoma umiejscowionymi na prawym. Ich stan się nie poprawiał, wręcz przeciwnie – również zaczął lecieć z nich czarny dym. Dodatkowo, samolot znajdował się na kursie kolizyjnym z jedynym z pozostałych helikopterów DiaVod.
Zanim jednak pilot helikoptera i Daniel zdążyli się porozumieć, dwie jednostki powietrzne wbiły się w siebie, a niebo rozświetlił spektakularnie głośny...
Wybuch.
Koniec odcinka 14&15.

***

Tokijski szpital.
Pani Takashiro prowadziła spokojne życie.
Mniejsza jeśli chodzi o to, że chwilami w swoim życiu znacznie przesadzała z piciem sake, a później dość mocniejszych trunków, co w końcu doprowadziło do marskości wątroby. Jedynym ratunkiem był przeszczep, na który czekała od dawna i obecnie był wyjściem ostatecznym. Ostatnia godzina przed operacją nie była jednak spokojna. Według pielęgniarek parę aut wbiło się w drzwi wejściowe szpitala, tak że wszyscy musieli być ewakuowani na drugie i wyższe piętra. A teraz jeszcze ten nagły spadek temperatury i śnieżyca...
Za oknem było kompletnie biało. Burza śnieżna osiągała rozmiary nieczęsto, jeśli w ogóle kiedykolwiek widywane w tych okolicach. W przeciągu kilku minut śnieg pokrył całą okolicę, a temperatura spadła do minus trzydziestu pięciu stopni Celsjusza. W piwnicy spalinowe generatory prądu działały na pełnych obrotach po tym, jak sieć energetyczna została odcięta. Nagrzewnice zostały ustawione na korytarzach, a w salach kaloryfery były tak ciepłe, że można było na nich gotować jajka.
November stał na parterze, blisko wejścia. Uśmiechał się cały czas, wiedząc, iż jego moc jest wystarczająco potężna do kontrolowania pogody w tym miejscu jeszcze przez jakiś czas. A świadomość, że kiedyś będzie ją musiał podładować w miły i przyjemny sposób była jeszcze bardziej budująca. Odczuwałby jeszcze większą satysfakcję, gdyby nie Gai i Keiko, którzy szli wzdłuż korytarza, zdziwieni.
- Hej, Jack. Co ty wyprawiasz? Jak próbowałam wyjść na zewnątrz to myślałam, że mi make-up na stale przylgnie do twarzy, taki ziąb. – Keiko niepewnie się uśmiechnęła, wypychając Gai’a naprzód. Jack Simons uśmiechnął się tylko. Rozstawiwszy ręce, wytworzył pomiędzy dłońmi niebieską kulę energii, która pomknęła w kierunku pary detektywów zamrażając przy okazji cały korytarz i zamieniając ich w bryły lodu.
W tym samym czasie obok recepcji pojawiła się prawie cała tokijska Yakuza, zdecydowana wykończyć zarówno Novembera jak i sprzeciwiającą się woli mafii Vivienne. Panowie w zamarzniętych garniturach i o czerwonych nosach wtargnęli z iście mafijną finezją do szpitala, wysadzając w powietrze samochody blokujące główne wejście i zatrzęśli tym samym budynkiem w posadach. W okolicy recepcji już dawno temu oględnie mówiąc rozwalonej przez pojawienie się detektywów i spółki czekał już uśmiechnięty Jack Simons w otoczeniu niebieskiej aury i z niezwykłymi oczami, z których bił niebieski blask.
- Ej, szefie, to właśnie to niebieskie dziwadło! – krzyknął jeden z członków tejże znanej organizacji. Innym nie trzeba było powtarzać, niemal równocześnie pociągnęli za spusty i zaczęli strzelać w kierunku Novembera. Ten jednak wysłał w ich kierunku lodową falę, która zamrażała pociski w połowie drogi do jego osoby. Widząc to, paru co bardziej gorliwych rzuciło się na agenta.
Jeden z nich dopadł mężczyzny i uderzył go w twarz prawym sierpowym. Nov, jak zwykle nieporuszony rozmasował sobie szczękę, a następnie wykręcił nadgarstek atakującego i zamrażając go pozbawił rzeczonego ręki. W tym samym momencie drugą dłonią skierował następną lodową falę w kierunku drugiego oponenta, która skutkowała jego zamarznięciem, a potem rozpadem na kawałki lodu. Trzeci, który zdecydował się użyć swoich nóg jako gwarancji sukcesu, poruszając się bardzo szybko zaatakował Jacka próbując trafić przynajmniej parę raz. Jack, nadal nie ruszając się z miejsca powstrzymał go, blokując jego ciosy ręką i kopnął trafiając w tors, co unieruchomiło go na jakiś czas pozwalając agentowi zająć się resztą.
Kula niebieskiej energii zamroziła wszystkich przebywających w pobliżu jednej z czarnych Toyot Crown Sedan. Niespodziewany atak jednego z członków Yakuzy, przeprowadzony jako kop z wyskoku powalił Novembera na chwilę na ziemię. Kiedy jednak tenże mężczyzna próbował zabić rzeczonego z pistoletu maszynowego odkrył, że nie ma rąk, a kopnięty przez agenta wylądował na suficie do którego został potem przygwożdżony warstwą lodu. Chwilę potem Jack wytworzył lodową ścianę, by powstrzymać kule pędzące w jego stronę.
- Kuku, mordeczki. – stwierdził po wycięciu w lodowej ścianie dziury wystrzeleniu w kierunku pozostałych Gości z Yakuzy niebieskiego promienia, który na zawsze zamienił ich w lodowe statuy. Kiedy było już po wszystkim niebieska aura zniknęła, a jego oczy straciły blask. Oparł się o ścianę, łapiąc oddech. Skierował się do Sali operacyjnej, gdzie przed chwilą weszła Shatya. Opierając się tym razem o jedno skrzydło drzwi, usłyszał kobiece krzyki i cztery pociski wystrzelone w naprawdę szybkim tempie przez dziewczynę i odgłos dwóch padających na ziemię ciał. Po chwili Shat wyszła z Sali operacyjnej umazana krwią.
- I jak, kotku? – Jack sięgnął po paczkę Lucky Strike’ów i podał Shatyi. Wzięła jednego papierosa i zapaliła.
- Cztery pieczenie na jednym ogniu. W końcu trzeba być ekologicznym. – puściła do niego oko.
Egipt, pustynia, okolice starożytnej budowli.
- Daniel?
Ten głos... Daniel skądś go znał, niestety nie mógł sobie przypomnieć skąd. To na pewno nie była jego mamusia, ani siostra. Być może trafił do nieba, gdzie wszystkie anioły mają głosy znajome, ale niekoniecznie łatwe do rozpoznania? Rozważania na temat Piaskowego Królestwa ukrytego pod pustynią przerwał ten sam głos, który mówił do niego od zgoła pięciu minut.
- Daniel, jak się nie obudzisz w tej chwili pocałuję cię, a potem urwę jaja. O ile chcesz odczuć to pierwsze, to się obudź, bo potem zostanie tylko opcja numer dwa. – w głosie słychać było irytację. Daniel posłusznie otworzył oczy i zogniskował wzrok na... Normie.
- No, to gdzie nagroda?
- Blefowałam, chyba nie sądziłeś, że piasek wsypał mi się do mózgu. – zaśmiała się, ale obdarowała go całusem w policzek. Była w wyjątkowo dobrym nastroju kiedy zauważyła, że jej brat, Miguel, Nadia i jakaś nieznana jej bliżej kobieta byli zdrowi, acz niekoniecznie w świetnej formie. Poobijani, poranieni i ogólnie w złych nastrojach siedzieli obecnie na końcu korytarza, przed dziwnymi kamiennymi drzwiami. Fran obudziła się zaraz po Danielu i rozejrzała uważnie.
- Gdzie jesteśmy? – potarła głowę.
- Według kartki, jaką wzięłam z Wyspy, za tymi drzwiami znajduje się pomieszczenie, w którym mój ojciec schował swój oryginalny testament. I tak, jest jednym z najbogatszych ludzi na Ziemi, miał kiedyś swoje fanaberie. – mruknęła Norma, widząc minę Fran, która ciężko przyjmowała takie rewelacje. – Wciągnęliśmy was tu w ostatniej chwili, drzwi się już zamykały. Adam teraz nazywa siebie Marciem Tyro i razem z Leo nie zdołali się tu dostać. – westchnęła rasowo, jak przystało na kobietę wychowywaną przez Amandę Craven i dotknęła powierzchni drzwi. – Gładkie jak moje pośladki. Ja osobiście nie widzę tutaj oddziału McDonald’s ani Starbucksa, więc albo sami zaczniemy hodować korniki siewne, albo umrzemy z głodu przed dostaniem się do tego świstka.
W momencie, kiedy wypowiadała ostatnie słowa drzwi nagle zaczęły się otwierać, ukazując ukrytą za sobą okrągłą komnatę z piedestałem na samym środku. Jak można się było spodziewać, na nim bezpośrednio została umieszczona tajemnicza szkatułka, która mogła zawierać to, po co wszyscy tutaj przyszli. Niestety, kiedy tylko Xavier pierwszy postawił nogę na posadzce, podłoga w okolicy piedestału podzieliła się na kręgi, a poszczególne części zaczęły opadać, tworząc ziejącą pustkę pomiędzy kręgiem zasadniczym a Ekipą Egipsko-Wyspiarską.
- No, a teraz co? Choćbym bardzo chciała, ja sobie cycków nie napompuje, żeby wam załatwić przelot balonem nad przepaścią. – prychnęła Norma.
- A ja nie jestem MacGyverem, żeby ze swojej koszulki, twoich korali i gumy do żucia zrobić statek powietrzny. – odciął się Miguel. – Ten piedestał nie jest aż tak daleko, żeby nie dało się przeskoczyć... Hm, ktoś chętny na trampolinę?
- Nie, ja skoczę, a ty będziesz trampoliną. – powiedział stanowczo Xavier. – Nikt nie ma tak wytrzymałego grzbietu, żeby jeszcze cię wybić w przód. No, przygotuj się, bo to będzie wystrzał stulecia. – chłopak uśmiechnął się, a następnie cofnął pod ścianę. Wziąwszy głęboki oddech, puścił się biegiem do przodu, skończył, trafił na plecy Miguela który wybił go do przodu i skoczył. Skok był dość dobrze wymierzony, bo Xavier wylądował prawie idealnie przy piedestale. Uśmiechnął się widząc, że szkatułka nie jest zamknięta na jakikolwiek kluczyk i otworzył ją. W środku, jak wszyscy się spodziewali, była kartka. Jednak nikt nie uwierzył, kiedy Xavier przeczytał na głos ostatnią wolę Victora...
- Żeby było wam niemiło, testamentu tu...
Nie było.

Koniec sezonu piątego.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Mikkao
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 403
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Kraków

PostWysłany: Nie 13:46, 18 Sty 2009    Temat postu:
 
!Raziel napisał:
No, Malcolm w końcu zginął. Zastanawia mnie tylko czemu Shatya go zabiła? W końcu przecież dla niego pracowała, aczkolwiek mogłem o czymś zapomnieć...


Też byś lubił gościa, którego akcja doprowadziłyby prawie do Twojej śmierci? XD


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

!Raziel
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 379
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Nie 13:49, 18 Sty 2009    Temat postu:
 
No myślałem, że pracodawca zobowiązuje, ale dobra. xD

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Mikkao
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 403
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Kraków

PostWysłany: Nie 14:41, 18 Sty 2009    Temat postu:
 
!Raziel napisał:
No myślałem, że pracodawca zobowiązuje, ale dobra. xD


Pracodawcami są Shatyi są Obserwatorzy, jak zobaczysz w tym odcinku. Z Malcolmem tylko współpracowała, żeby wypełnić swoją misję. Very Happy


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

!Raziel
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 379
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Pią 23:58, 23 Sty 2009    Temat postu:
 
Napiszę oddzielne komentarze do obu odcinków, bo inaczej chyba wszystko by mi się poplątało. xd No więc...

Ciekawe skąd November miał jeden zestaw LV-89 i tego katalizatora. o,O Dowiedzieliśmy się w końcu, czym to właściwie jest. Przyznam, że chciałem zastosować kiedyś taki moty w Łowcach. Cool Uniwersalny lek... No i November pokazuje, że nie jest świętym ratownikiem. Jako mag ma na pewno logiczne powody (bo magowie byli posądzani o to, że są nieludzko racjonalni ^^). Pewnie MI-6 ma w tym jakiś plan. A z racji, że akcja dzieje się przed wydarzeniami z Łowców, to Nov grzecznie go wdroży w życie bez względu na sentymenty odnośnie Viv. Twisted Evil Chociaż w sumie mógłby czymś lekko zaskoczyć. ^^
Ciekawe też kim są ci cali Obserwatorzy. o,O
Druga część tego odcinka nieźle komiczna. xD To Danielowi udało się znaleźć ciekawą rzecz i jego plan się udał. Mr. Green A ekipa napewno wyszła z tego zderzenia, jestem pewien. Mr. Green

Co do drugiego odcinka... November w tej walce z Yakuzą był przepakowany. ; / W Łowcach to żeby wszystko tak pięknie zamrażać to potrzebował deszczu, albo mokrego podłoża (wiem, że już mi to wyjaśniłeś i że jest to zamierzone, ale jednak postanowiłem to zawrzeć ;]) No a pomijając ten aspekt to pięknie ich załatwił. ^.^ No a to, że zamroził Gaia i Keiko, to pewnie dlatego, żeby mu się nie pałętali pod nogami i mu nie przeszkadzali. Cóż.. Typowe dla maga, kolejny plus za dobre odwzorowanie postaci. ; D A te strzały... W pomieszczeniu powinny być trzy osoby, a oberwały dwie. Dziwne... No i jakoś nie chcę mi się, że uśmierciłbyś już Mary i znowu Amandę, czy Viv (bądź Troya) i obie panie. ;p Jestem ciekawy, jak to wyjaśnisz. ^^
Podsumowując Nov pokazuje swoje prawdziwe oblicze Mr. Green (przynajmniej z tego okresu xD).
Co do drugiej części drugiego odcinka... xD Cóż, do zakończenia mam mieszane uczucia. Rozumiem, że nie mogli znaleźć już testamentu, bo zbliżyłoby to bardzo koniec serialu, no ale żeby w tej budowli była praktycznie figa z makiem? xd Toć mogła tam być chociaż część testamentu. xd Jednak faktycznie na końcu bomba była. xD
Aha, bo zapomniałbym. Jak już Daniel się znalazł, to mógł również i Will. xd Bo chyba porwał go Dziadek i słuch po nim zaginął. lol2

No nic, czekam na nast. sezon. ^^


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora

Mikkao
.
.



Dołączył: 12 Maj 2008
Posty: 403
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Kraków

PostWysłany: Sob 0:08, 24 Sty 2009    Temat postu:
 
!Raziel napisał:
Chociaż w sumie mógłby czymś lekko zaskoczyć. ^^

I zaskoczy.
Cytat:
Ciekawe też kim są ci cali Obserwatorzy. o,O

Okaże się w finale sezonu szóstego.


Cytat:
November w tej walce z Yakuzą był przepakowany. ; / W Łowcach to żeby wszystko tak pięknie zamrażać to potrzebował deszczu, albo mokrego podłoża (wiem, że już mi to wyjaśniłeś i że jest to zamierzone, ale jednak postanowiłem to zawrzeć ;])

Ja mam nadzieję, że tylko w aspekcie edukacyjnym postanowiłeś to zawrzeć, a nie żeby mi dopiec.
Cytat:
A te strzały... W pomieszczeniu powinny być trzy osoby, a oberwały dwie. Dziwne... No i jakoś nie chcę mi się, że uśmierciłbyś już Mary i znowu Amandę, czy Viv (bądź Troya) i obie panie. ;p Jestem ciekawy, jak to wyjaśnisz. ^^

Tylko dwie osoby [Amanda, Mary] stały o własnych siłach i to właśnie ich ciała opadły na podłogę. Troy na niej siedział, a Viv leżała na stole operacyjnym.
Cytat:
no ale żeby w tej budowli była praktycznie figa z makiem? xd Toć mogła tam być chociaż część testamentu. xd Jednak faktycznie na końcu bomba była. xD

A nie wysnuwaj daleko idących wniosków, nie zostało jeszcze powiedziane, że w tej budowli jest figa z makiem. Jeśli chodzi o rozwiązanie tej sceny polecam zaczekać do drugiego odcinka szóstego sezonu. Razz
Cytat:
Aha, bo zapomniałbym. Jak już Daniel się znalazł, to mógł również i Will. xd Bo chyba porwał go Dziadek i słuch po nim zaginął. lol2

Cieszę się, że ktoś o biednym Willu pamięta. Sprawa jego zaginięcia też zostanie wyjaśniona. Very Happy


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum www.serialeimy.fora.pl Strona Główna -> RPL
Idź do strony Poprzedni  1, 2, 3 ... 7, 8, 9, 10, 11  Następny
Strona 8 z 11

Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

 
Skocz do:  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Skin Created by: Sigma12
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group
Regulamin